CIAŁO – kiedy dół brzucha woła o uwagę

Przez długi czas myślałam, że jeśli coś w moim ciele nie działa, to znaczy, że robię za mało. Za mało się staram, za słabo pilnuje, za mało kontroli. I dokładnie w tym miejscu zaczynają się wszystkie zdrowotne rewolucje, które z założenia mają nas naprawić, a w praktyce bardzo często dokładają kolejne napięcia.
Ale od początku…
Byłam przekonana, że coś jest „nie tak” z moim ciałem od środka. Czułam nawracające uczucie ciężkości w dole brzucha, dyskomfort, pieczenie, napięcie. Myśl, która natychmiast przychodziła mi do głowy, była zawsze ta sama: pęcherz. A skoro pęcherz, to pewnie bakterie. A skoro bakterie, to leczenie. Pół roku spędziłam na tabletkach, pół roku na suplementach, ziołach, preparatach „na zapalenie”. D-mannoza, herbatki, wszystko, co miało wspierać mój pęcherz – owszem, sensowne, ale u mnie… nie przynosiło trwałej ulgi. Objawy nie znikały.
Z czasem zaczęłam zauważać coś więcej. To, że dolegliwości nasilały się przy stresie, podczas trudnych rozmów, przy napięciu emocjonalnym, po zbliżeniach, a nawet wtedy, gdy byłam po prostu zmęczona. I wtedy po raz pierwszy usłyszałam zdanie, które zmieniło wszystko: „To nie bakterie – to napięcie”.
To o co tak naprawdę chodzi…?
O macicy mówi się mało, o napięciach w dnie miednicy – jeszcze mniej. A właśnie to jest to miejsce, gdzie „magazynujemy” stres, presję, lęk, brak poczucia bezpieczeństwa. Ciało kobiet reaguje inaczej niż ciało mężczyzn. Kiedy jesteśmy w ciągłej gotowości, w ciągłym napięciu, nasz dół brzucha bardzo często nie potrafi się rozluźnić, nie rozróżnia „zagrożenia realnego” od przewlekłego napięcia emocjonalnego. Długotrwały stres działa tak, jakbyśmy nieustannie były w sytuacji walki lub ucieczki – mięśnie są napięte, krążenie zmienia się, a układ nerwowy nie pozwala na pełne odprężenie. Skutkiem jest uczucie ciężkości, napięcie, problemy z pęcherzem, mimo że badania były w porządku, ból przy zbliżeniach, wzdęcia, „balon” w brzuchu, pieczenie. I z tym wszystkim musiała się zmierzyć, ale nie wiedziałam jak…
Zmiana przyszła dopiero, kiedy zaczęłam słuchać swojego ciała inaczej. Pomogła mi w tym fizjoterapia uroginekologiczna. Nie każdy fizjoterapeuta jest odpowiedni – potrzebna jest osoba, która rozumie napięcia, a nie tylko osłabienia, patrzy na ciało całościowo, a nie „punktowo”. Dopiero wtedy zrozumiałam, jak bardzo byłam ciągle zaciśnięta, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Pełny wywiad, gdzie każdy szczegół i detal miał znaczenie. Badanie, które w jakimś stopniu przypominało wizytę u ginekologa, a następnie uciskanie miejsc, które były najbardziej bolesne. Sama byłam bardzo zdziwiona, jak pod wpływem mocnego ucisku w pochwie, przy pęcherzu czułam ogromny ból, a po kilku chwilach następujacą ulgę. I już nie były potrzebne leki, sumplementy, badania tylko systematyczna praca z terapeutą i zmiana nawyków.
Co zmieniłam? Dużo, nawet bardzo dużo…
Początkowo bardzo proste rzeczy, które wprowadziłam do codziennego życia, okazały się niezwykle skuteczne. Ciepło – termofor lub woreczek z pestkami wiśni – rozluźniało mięśnie, uspokajało układ nerwowy i wysyłało do ciała jasny sygnał: „jest bezpiecznie”. Wieczorem, przykładane na dół brzucha, bez telefonu, bez bodźców z zewnątrz, pozwalało wreszcie naprawdę odpocząć.
Ogromną różnicę zrobiły też małe rytuały bliskości: przytulanie do bliskiej osoby pod kocem, relaksacyjna muzyka, cisza. A przede wszystkim – praca z oddechem. Oddechem kierowanym do brzucha, a nie do klatki piersiowej. Nie potrzebowałam skomplikowanych technik. Wystarczył spokojny wdech nosem, świadome „opuszczenie” powietrza w dół i miękki, długi wydech. Już samo to obniżało napięcie w ciele, zmniejszało dolegliwości i uspokajało pęcherz. Bez presji. Bez walki. Z uważnością.

Ruch nie był już rywalizacją ani wysiłkiem. Pomocny był pilates, spokojna joga, pozycje otwierające biodra, taniec jako kontakt z ciałem, a nie zadanie do wykonania. Im mniej walki, tym więcej ulgi.
I najważniejsze – to nie było „w głowie”. To było ciało reagujące na długotrwały stres. Dopiero kiedy zmieniłam kierunek – z leczenia objawów na słuchanie sygnałów ciała, z kontroli na regulację, z rewolucji na spokój – zaczęło się realne uzdrawianie.
Zdrowie to nie tylko dieta, „czyste jelita” czy trening. To przede wszystkim relacja z własnym ciałem, poczucie bezpieczeństwa i zgoda na zwolnienie. Czasem największym lekarstwem jest po prostu przestać się z sobą szarpać, myśleć, tylko dać swodobnie płynąć.
A jeśli macie podobną sytuację, nie wiecie jak sobie porazić. Napiszcie, chętnie podziele się swoim doświadczeniem i wiedzą, jaką przez ten czas zdobyłam.

