JELITA, KTÓRE KRZYCZAŁY CISZEJ. O IBS, STRESIE I POWROCIE DO SIEBIE

Jelita potrafią mówić głośniej niż my.
U mnie zaczęło się bardzo niewinnie – wzdęcia, bulgotanie, uczucie pełności nawet po małych posiłkach. Potem doszedł ból głównie po prawej stronie, napięcie w okolicach podbrzusza i strach przed jedzeniem. Sporo czasu spędziłam na badaniach, wizytach u lekarzy i słowach, które coraz częściej słyszałam: IBS – zespół jelita drażliwego. Dostałam leki, które miały „uspokoić jelita”, ale czułam, że to nie jest mój kierunek. Nie chciałam ich brać w nieskończoność, tylko znaleźć przyczynę. Zrozumieć, co moje ciało próbuje mi powiedzieć. IBS to nie tylko jelita. To bardzo często układ nerwowy, który stres, napięcie, zatrzymany oddech przekładał na spięcie i ból jelit.
Kiedy jelita nie mają czym oddychać…
Zaczęłam rozmawiać z innymi osobami, które mierzyły się z podobny problemem do mojego. I od nich usłyszałam o kimś takim, jak osteopata. Umówiłam się na wizytę i dopiero wtedy dowiedziałam się, że cytuję: „Twoje jelita są w napięciu, bo twoja przepona prawie się nie rusza. One dosłownie nie mają tlenu.” To był moment olśnienia. Regularne wizyty u osteopaty, który przez ucisk w jednym konkretnym miejscu w jamie brzusznej potrafił uruchomić jelita lepiej niż jakikolwiek lek. Czasem to, co boli, potrzebuje nie tabletki, a uwagi. Do tego zaczęłam ćwiczyć oddychać inaczej. Nie do klatki piersiowej, ale w dół brzucha. Spokojnie, głęboko, miękko. Początkowo nie było to łatwe i w pierwszych dniach objawy się nasiliły – więcej bulgotania, więcej bólu, większe wzdęcia – to po kilku tygodniach zaczeło puszczać. Jelita zaczęły się poruszać tak, jak powinny. Chociaż wymagało to dużo pracy, spotkań z osteopatą i bólu, to wiem, że tylko tak mogłam im i sobie pomóc.
Zioła, które działały, gdy organizm był gotowy. Tylko jakie?
Równolegle sięgnęłam po zioła. Krwawnik znany i używany przez moją babcie koił moje jelita i zmniejszał stany zapalne. Przygotowany napraw piłam codziennie przez 3 miesiące, następnie robiłam przerwę i po miesiącu zaczynałam nowy 3 miesięczny cykl. Dorzuciłam też lukrecję, która smak jest lekko słodki, delikatny. Działał bardzo łagodząco na podrażnioną śluzówkę. Codziennie też przyjmowałam probiotyki, przez 3 miesiące, 3 razy w roku z miesięczną przerwą. Naturalnym wsparciem były również ogórki kiszone, czasem zakwas z buraka. Kapusta okazała się zbyt ciężka, ale kiszonki w łagodnej formie bardzo dobrze robiły moim jelitom. Codziennością stało się też siemię lniane. Małe, niepozorne ziarenka, a tak kojące dla przewodu pokarmowego w formie gęstego glutka lub jako dodatek do koktajlu. W tym zestawie znalezł się jeszcze maślan sodu, który pomagał odbudować jelitowe „wnętrze” i dobre bakterie.

A jak wyglądała kwestia jedzenia?
IBS nauczył mnie pokory, spokoju, ale też tego, że nie wszystko co zaliczamy do grupy „zdrowych” pasowało moim jelitom. Uwielbiałam zawsze jeść brokuła i kalafiora, ale zauważyłam, że one mi nie służyły, podobnie jak cebula i czosnek. To są warzywa, które należą do ciężkostrawnych i powodują dyskomfort. O dziwo strączki odpowiadały moim jelitom, ale wymagały odpowiedniej obróbki. Moczenie przed gotowanie, po gotowaniu obowiązkowo przepłukanie wodą. Na czarną listę trafiły gotowe pasty do smarowanie: mój ukochany hummus, albo smalczyk z fasoli. Były też momenty, kiedy nie mogłam pić kawy, jeść pomidorów ani czekolady. Dziś wróciły. Nie dlatego, że je „przetrenowałam”, tylko dlatego, że moje jelita przestały być w stanie alarmowym. A kiedy ból się nasilał, bo… trudniejszy czas, więcej stresu, mniej czasu na ćwiczenia oddechu lub włączenie do diety większej ilości produktów, które niekoniecznie lubiły moje jelita. Pomagało coś bardzo prostego: zwykła bułka, kawałek pszennego pieczywa. W teorii pełnoziarniste pieczywo jest zdecydowanie lepsze. To w praktyce moje jelita lepiej znosiły to, co lekkostrawne. I to jest też część zdrowej relacji z jedzeniem: słuchać siebie, obserwować jak reagujemy na warzywa, owoce czy produkty zbożowe. Przy IBS wyznacznikiem naszego menu nie mogą być panujące trendy w sieci, tylko to co jelita tolerują i na jakie dobrze reagują.
I co obowiązkowe: ruch, który porusza jelita
Testowałam różnego rodzaju aktywności, które mogłby również pomóc moim jelitom. Okazało się, że bieganie jest jednym z najlepszych leków na moje jelita. Ruch w tempie jaki mi odpowiadał, bez presji, bez zegarka w ręku lub długie spacery oraz pilates, który rozluźniał napięty brzuch. Taniec, który niedawno odkryłam przywrócił czucie w ciele, dał przestrzeń na kontrolowany oddech i pozwalał uwolnić gdzieś schowane emocje . Jelita kochają ruch, ale nie ten wymuszony, tylko ten, który je delikatnie masuje od środka.
Małe kroki, czyli cierpliwość zamiast rewolucji
Najtrudniejsze było to, że poprawa nie przyszła od razu. IBS to nie infekcja, to sygnał, że ciało było zbyt długo w napięciu. Potrzebowałam mniejszych porcji, regularności, spokoju. Zrozumienia, że moje jelita nie są zepsute – są zmęczone. Dziś żyję normalnie, jem normalnie. Czasem zabolą, pojawi się zaokrąglony brzuch. Ale to już nie jest strach, tylko włączenie metod, które znam. I chyba właśnie o to w tym wszystkim chodzi: żeby zamiast walczyć z ciałem, nauczyć się go słuchać. Bo jelita nie chcą rewolucji. One chcą bezpieczeństwa, powtarzalności oraz cierpliwości i dbania o nie, jak o całe nasze ciało.

